Wpisy

  • niedziela, 03 lipca 2016
    • 25-27 i 30.06 – 15., 16., 17. i 18. dzień Euro – półfinał jednak nie dla Polski (jeszcze nie?)

      Szwajcaria – Polska 1:1 k. 4:5
      Walia – Irlandia Północna 1:0
      Chorwacja – Portugalia 0:1 d
      Francja – Irlandia 2:1
      Niemcy – Słowacja 3:0
      Węgry – Belgia 0:4
      Włochy – Hiszpania 2:0
      Anglia – Islandia 1:2
      Polska – Portugalia 1:1 k. 3:5
      Walia – Belgia 3:1

      1. Futbol jest okrutny. Ta stara piłkarska prawda wybrzmiała z całą mocą w późny czwartkowy wieczór, gdy Portugalczyk Ricardo Quaresma strzałem z 11 metrów pokonał Łukasza Fabiańskiego i tym samym przekreślił polskie marzenia o półfinale turnieju rangi mistrzowskiej. Marzenia, które po raz pierwszy od 1986 roku miały pełne prawo się urzeczywistnić. O tym, że tak się nie stało, zadecydowały niuanse, wręcz centymetry – tyle dzieliło Grzegorza Krychowiaka od zablokowania strzału Renato Sanchesa, po którym Portugalczycy zdobyli bramkę wyrównującą (tak, prowadziliśmy z Portugalią w ćwierćfinale Mistrzostw Europy!), tyle też zabrakło, by po uderzeniu Kuby Błaszczykowskiego w kończącej mecz serii rzutów karnych piłka minęła bramkarza rywali i zatrzepotała w siatce. Ale taki właśnie jest ten sport w jego najlepszym wydaniu – gdy bój toczą równorzędni, a jednocześnie klasowi przeciwnicy, nawet najdrobniejsze detale przesądzają o tym, kto schodzi z boiska ze spuszczona głową, a kto na nim pozostaje i zapala cygaro zwycięstwa. Główną zasługą selekcjonera Adama Nawałki i jego podopiecznych jest to, że na francuskim turnieju polski zespół potrafił się na ten poziom – od lat dla nas niedostępny – wznieść, a następnie na nim utrzymać, oraz że nie było w tym absolutnie żadnego przypadku. Za to też naszej reprezentacji w tym miejscu dziękuję. Za to, oraz za niesamowite emocje, których nam dostarczyła, a które sięgnęły zenitu zwłaszcza podczas spotkań fazy pucharowej przeciwko Szwajcarii i Portugalii.

      2. O tym, jak dobry był to turniej w wykonaniu polskich piłkarzy, świadczy chociażby to, że właściwie nie sposób jest wskazać nawet jednego kadrowicza, który by na francuskim turnieju zawiódł. W porządku, liczyliśmy na więcej bramek ze strony Roberta Lewandowskiego; nie zapominajmy jednak o tym, że na Euro 2016 praktycznie każdy z czołowych europejskich napastników miał ogromne problemy ze sforsowaniem zasieków postawionych przez linie defensywne rywali, ani też o tym, że w najważniejszym momencie Robert jednak zrobił to, co do niego należało. Owszem, Arkadiusz Milik mógł lepiej ustawić celownik – ale i bez tego dał nam zwycięstwo nad Irlandią Północną, a w meczu z Ukrainą dołożył asystę. Prawda, młodego Piotra Zielińskiego stać było na więcej; on ma jednak jeszcze dużo czasu, by podnosić swoje umiejętności, a twarde lądowanie, jakie zaliczył we Francji, z pewnością tylko mu w tym pomoże. Mniejsza jednak o indywidualne przypadki; tym, co odróżniało grę Biało-Czerwonych na Euro 2016 od ich występów na wcześniejszych turniejach w XXI wieku, było również to, że zgodnie z oczekiwaniami (lub nawet lepiej) spisywała się każda z naszych formacji. Dotyczy to w szczególności defensywy, która miała być piętą achillesową polskiej reprezentacji, a która w rzeczywistości tworzyła prawdziwy monolit. Odkryciem turnieju był Michał Pazdan, który nie dość, że z raczej anonimowego piłkarza stał się bohaterem niezliczonych memów, to jeszcze wysłuchał w ciągu ostatnich kilkunastu ostatnich dni więcej pochwał, niż w trakcie całej swojej dotychczasowej kariery. Pokładane w nim nadzieje spełnił także kwartet ofensywny, co odzwierciedlają już same suche statystyki naszych skrzydłowych i napastników: Błaszczykowskiego (2 gole i 1 asysta), Grosickiego (2 asysty), Milika (1 gol i 1 asysta) i Lewandowskiego („tylko” 1 gol, ale za to niezwykłej wagi).

      3. W grze Biało-Czerwonych na Euro 2016 pojawiła się również jakość, której podczas poprzednich turniejów było jak na lekarstwo. Jeszcze 4 lata temu Polacy na tle pozostałych uczestników polsko – ukraińskiego czempionatu wyróżniali się przede wszystkim tym, że nie byli w stanie wymienić więcej niż 5 podań z rzędu w środku pola ani celnie przerzucić piłki z jednego skrzydła na drugie. Teraz, gdy patrzyło się, jak gramy jak równy z równym z Niemcami czy Portugalczykami (czyli nacjami, którym w przeciwieństwie do nas piłka przy nodze nigdy nie przeszkadzała), pomiędzy nami a nimi nie było widać praktycznie żadnej różnicy. Wielka w tym zasługa Grzegorza Krychowiaka, który w środku pola dzielił i rządził, a strat piłek prawie że nie notował. Jeżeli ktoś zastanawiał się, jak to możliwe, że Paris Saint Germain kupiło Krychę za aż 45 milionów euro, to na Euro 2016 otrzymał odpowiedź. Jeżeli tylko Jürgen Klopp zrobi w Liverpoolu piłkarza pełną gębą z Piotra Zielińskiego (a wiemy z doświadczenia, że potrafi to jak nikt inny), to śmiem twierdzić, że duet Krychowiak – Zieliński zdominuje naszą środkową formację na lata.

      4. Reprezentacja Polski w wersji, w jakiej oglądaliśmy ją podczas Euro 2016, była również zespołem niezwykle silnym psychicznie i fizycznie. Psychicznie, bo sprostała wyzwaniom, z jakimi jej poprzedniczki nie mierzyły się od dekad albo zgoła wcale. Faza pucharowa wielkiej imprezy? Po raz ostatni Biało-Czerwonych można było oglądać na tym etapie rozgrywek w 1986 roku. Dogrywka? Nie było nam dane w niej uczestniczyć od 1938 roku. Konkurs rzutów karnych? Nie strzelaliśmy ich nigdy (a podczas francuskiej imprezy – aż dwukrotnie). A dlaczego fizycznie? No cóż, jeżeli uwzględnić wszystkie spotkania rozegrane do dnia dzisiejszego, ze wszystkich drużyn uczestniczących w Euro 2016 to właśnie Reprezentacja Polski spędziła na murawie najwięcej minut – co oczywiste, gdyż nikt inny nie musiał grać dwóch pełnych dogrywek, a następnie wykonywać jedenastek. Jednocześnie zaś, gdyby wziąć w nawias symboliczny, kilkudziesięciosekundowy epizod Filipa Starzyńskiego w meczu z Ukrainą, wyjdzie nam, że Adam Nawałka posłał na boisko najmniejszą ilość piłkarzy z pola, na równi z Francją; tyle że Francuzi wszystkie swoje spotkania kończyli w regulaminowym czasie gry, a ćwierćfinałowe starcie z Islandią dopiero przed nimi. Rekapitulując: w żadnej innej drużynie tak niewielu zawodników nie zagrało aż tylu minut. Pomimo to, Biało-Czerwoni w ani jednym spotkaniu nie ustępowali rywalom pod względem wytrzymałości; może jedyny moment słabości przydarzył im się w drugiej odsłonie meczu ze Szwajcarią, ale już w dogrywce wszystko wróciło do normy.

      5. Jeżeli zatem miałbym zgłosić jakieś zastrzeżenie pod adresem naszej kadry, to chyba tylko takie, że na francuskiej imprezie zabrakło jej umiejętności zadania ostatecznego ciosu wtedy, gdy przeciwnik już leżał na deskach bądź jeszcze chwiał się zamroczony. Tak było nie tylko w spotkaniach ze Szwajcarią i Portugalią (w których nie zdołaliśmy utrzymać objętego prowadzenia), ale i w wygranych meczach z Irlandią Północną i Ukrainą; w każdym z tych starć po zdobyciu pierwszego gola nie potrafiliśmy już wykorzystać żadnej ze stwarzanych przez siebie sytuacji i przypieczętować dobrej gry kolejną bramką. Tymczasem taką umiejętność posiedli pozostali niespodziewani ćwierćfinaliści turnieju, Islandczycy i Walijczycy; ci pierwsi 2 golami ugodzili zarówno Austrię, jak i Anglię, z kolei drudzy aż 3 bramkami rozstrzelali najpierw Rosjan, a potem Węgrów. Pod tym względem Polska prezentowała się najmniej okazale z całej finałowej ósemki. Z drugiej strony warto jednak odnotować, że nie przegrywaliśmy na tym turnieju nawet przez minutę; podobnym wyczynem może się pochwalić tylko reprezentacja Niemiec.

      6. Reasumując, wprawdzie koniec końców odpadliśmy z turnieju, ale z Francji polscy piłkarze wracają z tarczą, a nie na tarczy (o czym świadczy zresztą entuzjastyczne powitanie, z jakim spotkali się po przylocie do kraju). Drużyna jest stosunkowo młoda i z całą pewnością – jeżeli tylko będzie w dalszym ciągu tak dobrze prowadzona, jak czynił to do tej pory Adam Nawałka – stać ją na jeszcze lepsze występy (być może już za 2 lata na rosyjskim Mundialu). Czego sobie i wszystkim życzę. A póki co – jeszcze raz dzięki za to Euro, chłopaki!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 lipca 2016 18:12
  • sobota, 02 lipca 2016
    • 25-27 i 30.06 – 15., 16., 17. i 18. dzień Euro – Walia wzlatuje, Anglia wylatuje, a Włosi eliminują obrońców tytułu

      Szwajcaria – Polska 1:1 k. 4:5
      Walia – Irlandia Północna 1:0
      Chorwacja – Portugalia 0:1 d
      Francja – Irlandia 2:1
      Niemcy – Słowacja 3:0
      Węgry – Belgia 0:4
      Włochy – Hiszpania 2:0
      Anglia – Islandia 1:2
      Polska – Portugalia 1:1 k. 3:5
      Walia – Belgia 3:1

      1. Miałem pisać przede wszystkim o Polakach, ale tyle się w tym temacie wydarzyło w ciągu ostatniego tygodnia (więcej, niż w ciągu minionych 30 lat), że póki co nie jestem w stanie zebrać myśli, a co dopiero stworzyć z nich w miarę spójną notkę. Zachowam się zatem jak Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem” – pomyślę o tym jutro, a dziś krótko opiszę, co działo się na pozostałych arenach.

      2. O ile polskie marzenia o awansie do półfinału wielkiego turnieju należy odłożyć co najmniej do Mundialu w Rosji, o tyle piękny sen Walijczyków trwa nadal. W 1/8 finału Gareth Bale i jego koledzy zgodnie z oczekiwaniami uporali się z Irlandią Północną, ale już w ćwierćfinałowym starciu z reprezentacją Belgii mało kto dawał im jakiekolwiek szanse. Tym bardziej, że rundę wcześniej Belgowie dość brutalnie pokazali innemu turniejowemu kopciuszkowi – Węgrom – gdzie jego miejsce; przegrana w rozmiarach 4:0 to był chyba najniższy wymiar kary, jaki mogli otrzymać w tym meczu Madziarzy. Belgowie grali szybko, pomysłowo i z rozmachem – w efekcie zanotowali najwyższe do tej pory zwycięstwo na tych mistrzostwach, a sami zapewne widzieli siebie już w wielkim finale. Nic z tego. W ćwierćfinale, mimo szybko objętego prowadzenia, Belgowie dali się sprać Walijczykom, w których szeregach brylował zwłaszcza Aaron Ramsey (w meczu z Belgią zanotował 2 asysty, a w całym turnieju aż 4 – najwięcej ze wszystkich uczestników). Fakt, że to właśnie Walia już za parę dni zmierzy się z Portugalią w spotkaniu, którego stawką będzie finał Euro 2016, to póki co największa sensacja francuskiego turnieju.

      3. Nie jest natomiast sensacją (a co najwyżej niespodzianką) wyeliminowanie reprezentacji Albionu przez Islandczyków. Okej, z pewnością sami Anglicy są tym niezwykle zaskoczeni, ale oni przed każdym turniejem wyceniają swoje szanse wyżej, niż wskazuje na to ich rzeczywisty potencjał. Przyznam, że tym razem sam dałem się nieco omamić i przed inauguracją mistrzostw wieszczyłem dobry występ w wykonaniu drużyny spod znaku Trzech Lwów, ale już w trakcie francuskiej imprezy zaczęły pojawiać się znaki ostrzegawcze, sugerujące, że przygoda Anglików z turniejem zakończy się stosunkowo szybko. Nie spodziewałem się jednak, że w spotkaniu z Islandią Anglicy będą kopać jak piłkarscy analfabeci; wielu z nich prezentowało się tak, jakby po raz pierwszy ujrzało piłkę. Pozostaje zatem tylko dziękować przybyszom z dalekiej Islandii, że za ich sprawą na tym turnieju nie będziemy już zmuszeni do oglądania podobnej mizerii.

      4. Z turniejem pożegnali się także obrońcy tytułu, Hiszpanie. W spotkaniu 1/8 finału Włosi pokazali im miejsce w szeregu; podopieczni Antonio Conte kontrolowali przebieg spotkania praktycznie od pierwszej do ostatniej minuty, co jest wręcz niepojęte, gdy zestawi się ze sobą nazwiska piłkarzy występujących w obu drużynach. Włosi już po raz drugi na tych mistrzostwach udowodnili jednak, że nazwiska nie grają (wcześniej, w pierwszym swoim meczu na turnieju w podobny sposób odprawili z kwitkiem faworyzowanych Belgów). Być może na sukces Azzurrich w pewnym stopniu wpłynął fakt, że piłkarze podstawowego składu mieli przed starciem z Hiszpanią aż 1,5 tygodnia odpoczynku (w ostatnim spotkaniu fazy grupowej wystawili rezerwy). Tego rodzaju spryt również jest jednak konieczny, by wygrać wielki turniej – a nie od dziś wiadomo, że pod względem piłkarskiej przebiegłości nikt nie może równać się z Włochami.

      5. W boju o półfinał Euro 2016 Włosi zmierzą się z reprezentacją Niemiec, która w 1/8 finału bez problemu poradziła sobie ze Słowacją (3:0). Coś mi podpowiada, że to będzie najlepszy mecz turnieju – tak było zarówno 4 lata temu podczas mistrzostw rozgrywanych w Polsce, jak i w 2006 roku na Mundialu w Niemczech. Kto zwycięży? Historia przemawia za reprezentacją Italii: z 8 spotkań rozegranych przez te zespoły na wielkich turniejach, Włosi wygrali aż 4; Niemcy nie wygrali ani razu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      sobota, 02 lipca 2016 21:34
  • sobota, 25 czerwca 2016
    • 19-22.06 - 10., 11., 12. i 13. dzień Euro - awans Polski, historyczny sukces Albanii i blamaż plemion ruskich

      Szwajcaria – Francja 0:0
      Rumunia – Albania 0:1
      Rosja – Walia 0:3
      Słowacja – Anglia 0:0
      Ukraina – Polska 0:1
      Irlandia Północna – Niemcy 0:1
      Czechy – Turcja 0:2
      Chorwacja – Hiszpania 2:1
      Islandia – Austria 2:1
      Węgry – Portugalia 3:3
      Włochy – Irlandia 0:1
      Szwecja – Belgia 0:1

      1. Ostatnie spotkania w grupie A przyniosły sensację w postaci zwycięstwa 1:0 Albanii nad Rumunią. Albańczycy upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu – zdobyli zarówno pierwszego gola, jak i pierwsze punkty (i to od razu 3) w historii swoich występów na wielkich piłkarskich imprezach. I choć w ogólnym rozrachunku na niewiele im się to zdało – do 1/8 awansowali gospodarze i Szwajcarzy – to jednak ze swojego występu na Euro 2016 z pewnością mogą być zadowoleni.

      2. Końcowy układ tabeli w grupie B dość dobrze odzwierciedla postawę wszystkich czterech zespołów podczas turnieju. Pierwsze miejsce dla Walii, która w zasadzie w każdym spotkaniu prezentowała się bardzo dobrze, a jej przegrana w drugiej kolejce z Anglią była tyleż pechowa, co niezasłużona. W ostatnim meczu Walijczycy przypieczętowali awans do 1/8 finału, gromiąc reprezentację Rosji – chyba najgorszy zespół całych mistrzostw (po piętach depczą im Ukraińcy). Pozostałe premiowane kwalifikacją miejsca zajęli Anglicy (szczerze mówiąc spodziewałem się po nich dużo więcej) oraz Słowacy.

      3. Trzy drużyny awansowały także z grupy „polskiej”. W przypadku Niemiec i Polski było to praktycznie przesądzone już po drugiej kolejce; okazało się jednak, że w 1/8 finału zagrają także Irlandczycy z Ulsteru, którzy dzięki pokonaniu Ukrainy 2:0 i przy minimalnych porażkach z Polakami i Niemcami mieli korzystniejszy bilans bramkowy od Turcji i Albanii, ścigających się z nimi o awans z trzeciego miejsca. Jeżeli chodzi o mecz z Ukrainą, to trzeba szczerze powiedzieć, że nie było to wielkie widowisko w naszym wykonaniu; w porównaniu z poprzednimi spotkaniami Polacy prezentowali się zdecydowanie najsłabiej, co skutkowało co najmniej paroma groźnymi sytuacjami pod bramką strzeżoną przez Łukasza Fabiańskiego. Tym, co odróżnia reprezentację Adama Nawałki od jej poprzedniczek, jest jednak to, że nawet takie starcia jest ona w stanie rozstrzygnąć na swoją korzyść – nie inaczej było i tym razem. A przed zbliżającym się spotkaniem ze Szwajcarią pozostaje nam się pocieszać, że nie najlepsza postawa Biało-Czerwonych przeciwko Ukrainie była wyłącznie wynikiem rozprężenia, jakie musiało zapanować wśród kadrowiczów po zdobyciu aż 4 punktów w pierwszych dwóch kolejkach.

      4. Z rywalizacji w grupie śmierci z życiem nie uszły reprezentacje Turcji i Czech. Obie te drużyny zmierzyły się ze sobą w ostatniej kolejce; zwycięstwo 2:0 dawało Turkom matematyczne szanse na awans z trzeciego miejsca, ale ostatecznie układ wyników w pozostałych grupach spowodował, że Turcja jedzie do domu. W drugim spotkaniu w tej grupie sporą niespodziankę sprawili Chorwaci, którzy pokonali Hiszpanów i dzięki temu zajęli pierwszą lokatę. Z kolei Hiszpania potwierdziła, że jest najbardziej nieprzewidywalnym zespołem na tym turnieju: jednego dnia bez większego wysiłku jest w stanie zaaplikować przeciwnikom kilka bramek, a drugiego nie potrafi utrzymać szybko objętego prowadzenia i wykorzystać rzutu karnego.

      5. Ponieważ po zdobyciu kompletu punktów w pierwszych dwóch meczach Włosi byli już pewni awansu z pierwszego miejsca w grupie E, w spotkaniu przeciwko Irlandii trener Antonio Conte zdecydował się wystawić prawie samych rezerwowych. Długo to trwało, ale ostatecznie Irlandczykom udało się skorzystać z tego prezentu – bramka zdobyta w końcówce dała im upragnioną kwalifikację do kolejnej rundy. Drugie miejsce w tej grupie zajęła Belgia, która męczyła się ze Szwedami, ale ostatecznie zdołała wyprowadzić jeden zabójczy cios. Było to zarazem ostatnie spotkanie Zlatana Ibrahimovicia w barwach drużyny Trzech Koron – już na pomeczowej konferencji ten wybitny snajper ogłosił zakończenie kariery reprezentacyjnej.

      6. Niesamowite widowisko stworzyli Węgrzy do spółki z Portugalczykami. Ci pierwsi trzykrotnie obejmowali prowadzenie, by za każdym razem je stracić. W zespole Portugalii w końcu przebudził się Cristiano Ronaldo – to jego dwa gole sprawiły, że CR7 i jego kompani nie żegnają się z turniejem już po rundzie grupowej. Co do Węgrów, to według mnie są oni póki co największą sensacją tego turnieju (krok za nimi jest Walia) – mało kto spodziewał się, że uda im się wyjść z grupy, a co dopiero ukończyć rozgrywki w tej fazie na pierwszym miejscu. Na przeciwnym biegunie jest Austria, która zanotowała na tym turnieju tragiczny występ. Dopełnieniem tego obrazu nędzy i rozpaczy była porażka w ostatnim meczu z Islandią; gol zdobyty w doliczonym czasie gry oznacza, że Islandczycy awansują do 1/8 finału z drugiego miejsca w grupie.

      7. No i już! Jeszcze chwilę temu oglądaliśmy mecz otwarcia, a już szykujemy się na spotkania 1/8 finału. Polska zagra ze Szwajcarią, a więc z zespołem, który z całą pewnością jest w naszym zasięgu. A druga dobra wiadomość jest taka, że w naszej części drabinki nie ma ani Niemców, ani Włochów, ani Hiszpanów, ani Anglików, ani Francuzów. Na jedną z tych drużyn możemy wpaść najwcześniej w finale. Idźmy tam zatem!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2016 18:52
  • wtorek, 21 czerwca 2016
    • 16-18.06 – 7., 8. i 9. dzień Euro – Polska urywa punkty Niemcom, Ukraina sięga dna, a Hiszpanie i Belgowie gromią

      Anglia – Walia 2:1
      Ukraina – Irlandia Północna 0:2
      Niemcy – Polska 0:0
      Włochy – Szwecja 1:0
      Czechy – Chorwacja 2:2
      Hiszpania – Turcja 3:0
      Belgia – Irlandia 3:0
      Islandia – Węgry 1:1
      Portugalia – Austria 0:0

      1. Od ostatniego wpisu minęło raptem parę dni, a druga kolejka fazy grupowej już za nami. Z rodzimej perspektywy gwoździem programu był oczywiście czwartkowy mecz z Polski z Niemcami (któremu tym razem dla odmiany poświęcę parę słów na sam koniec), ale i w pozostałych spotkaniach sporo się działo. Ponieważ czas nagli – już za moment gramy z Ukrainą – poniżej zamieszczam skróconą relację z wydarzeń minionych kilku dni.

      2. Pierwszą drużyną, która definitywnie pożegnała się z turniejem, jest Ukraina – po dość niespodziewanej porażce z Irlandią Północną Ukraińcy nie mają już szans nawet na zajęcie trzeciego miejsca w grupie. To oznacza, że w ostatnim spotkaniu przeciwko Polsce zagrają tylko i wyłącznie o zachowanie twarzy. Nasze doświadczenia z boisk w Japonii i Korei (2002) oraz w Niemczech (2006) pokazują jednak, że tego rodzaju motywacja często przynosi oczekiwane skutki, tak więc polska kadra z całą pewnością nie powinna Ukrainy lekceważyć, i to nawet jeżeli jej selekcjoner postanowi wypuścić na boisko rezerwy.

      3. O dużym pechu po drugiej turze spotkań może mówić co najmniej kilka reprezentacji, którym w ostatnich minutach rywale wbili gola na wagę zwycięstwa bądź remisu. Zaczęło się od Walii, która przez blisko godzinę prowadziła 1:0 z Anglią (po bramce Garetha Bale’a z rzutu wolnego, już drugiej zdobytej przez niego w ten sposób na francuskim turnieju); wysiłek Walijczyków został jednak zniweczony przez angielskich rezerwowych – najpierw stan meczu wyrównał Vardy, a w doliczonym czasie piłkę do walijskiej siatki skierował Sturridge. Wściekli na siebie mogą być także Chorwaci i Islandczycy; gdy już oczekiwali na końcowy gwizdek arbitra, Czesi i Węgrzy rzutem na taśmę urwali dla siebie po upragnionym punkcie.

      4. Po przeciętnym, a w przypadku Belgii wręcz bardzo słabym początku turnieju, przebudziły się drużyny obrońców tytułu oraz Czerwonych Diabłów. Oba zespoły nie dały szans odpowiednio Turkom i Irlandczykom, wygrywając po 3:0. Czy to znak, że Hiszpanie bądź Belgowie właśnie rozpoczęli marsz po złoto? Trudno wyrokować, tym bardziej, że zarówno jedni, jak i drudzy mierzyli się z chyba najsłabszymi zespołami w swoich grupach. W każdym razie cieszy fakt, że obie drużyny zaczęły w końcu wykorzystywać swój ofensywny potencjał.

      5. Długo wyczekiwane starcie Polski z Niemcami zakończyło się bezbramkowym remisem i już po fakcie można chyba śmiało stwierdzić, że był to sprawiedliwy rezultat. Polacy zagrali podobnie, jak w pierwszym meczu z Irlandią Północną – bardzo uważnie w obronie (świetny występ zanotował Michał Pazdan, który wybijał chyba każdą piłkę, która znalazła się w zasięgu jego łysej głowy lub kończyn) i z pomysłem w ataku; w przedniej formacji tym razem lepsze wrażenie sprawiał Robert Lewandowski, z kolei Arkadiusz Milik raził nieskutecznością (z Irlandią było zresztą podobnie, ale choć raz udało mu się trafić). Owszem, jak można się było spodziewać, to Niemcy kontrolowali grę, jednak niewiele z tego wynikało; a gdyby policzyć naprawdę groźne sytuacje strzeleckie, jakie stworzyły sobie oba zespoły, to bilans byłby korzystny dla naszej reprezentacji. No i najważniejsze: przy takim wyniku i jednoczesnej porażce Ukrainy z Irlandią Północną tylko cud mógłby pozbawić nas awansu do kolejnej rundy z drugiego miejsca w grupie.

      6. Kiedy remisuje się w meczu o punkty z aktualnymi mistrzami świata, trudno nie odczuwać radości. Zaimponował mi jednak spokój, z jakim polscy piłkarze już po spotkaniu podchodzili do osiągniętego przez siebie rezultatu – bez zbędnej euforii (od razu przypomina mi się Janusz Wójcik i jego tryumfalne – i jak czas pokazał, przedwczesne – gesty po remisie 0:0 z Anglią w 1999 roku), za to ze świadomością, że punkcik wywalczony z Niemcami to tylko jeden z wielu płotków, jakie muszą jeszcze przeskoczyć, by zapisać się w historii złotymi zgłoskami. Ucieszyło mnie też, że tym razem towarzysząca meczowi medialna otoczka była praktycznie wolna od jakże częstego w takich przypadkach zalewu tandeciarstwa i obciachu – nie było odwołań do Grunwaldu, II wojny światowej, słynnego „meczu na wodzie” z 1974 roku czy bóg wie czego. Okej, ponoć telewizja publiczna równolegle z transmisją spotkania wyemitowała „Krzyżaków” – ale TVP to stan umysłu, którego wątpliwej jakości owoców nie warto nawet komentować. W każdym razie dobrze się stało, że przed meczem skupiano się głównie na argumentach czysto sportowych, a nie na wątkach historycznych, którymi do tej pory posiłkowaliśmy się zawsze wtedy, gdy na samym boisku mieliśmy do zaoferowania bardzo niewiele lub zgoła nic.

      7. Z piłkarskich ciekawostek: Adam Nawałka firmuje swoim nazwiskiem oba spotkania rozegrane przez polską reprezentację na wielkich turniejach, w których zdołała ona urwać punkty Niemcom – na Euro 2016 wystąpił w roli selekcjonera, a na Mundialu w 1978 roku (wtedy też padł wynik 0:0) jako piłkarz. I jeszcze jedno: na turnieju we Francji Polska póki co zdobyła dwa razy mniej goli, niż na tym samym etapie (tzn. po drugiej kolejce fazy grupowej) na Euro 2012, i dokładnie tyle samo, co podczas Euro 2008; z kolei zdobytych punktów ma odpowiednio dwa i cztery razy więcej, niż wtedy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2016 23:58
  • czwartek, 16 czerwca 2016
    • 15.06 - 6. dzień Euro - popis Hamšíka i awans gospodarzy

      Rosja – Słowacja 1:2
      Rumunia – Szwajcaria 1:1
      Francja – Albania 2:0

      1. Z wtorkowych spotkań miałem okazję oglądać jedynie pojedynek gospodarzy z Albanią. A szkoda, bo w meczu Rosja – Słowacja, zakończonym zwycięstwem tych drugich, było naprawdę ciekawie. Słowaków do wygranej poprowadził duet Marek Hamšík – Vladimir Weiss; najpierw ten pierwszy asystował przy golu drugiego, a potem obaj zamienili się rolami. Podobno ostatni taki przypadek miał miejsce na Euro 2004, gdy takim samym wyczynem popisali się Wayne Rooney i Paul Scholes w meczu Anglia – Chorwacja. Na uwagę zasługuje zwłaszcza gol zdobyty przez Hamšíka, który był doprawdy przecudnej urody – piłka uderzona z ostrego kąta najpierw odbiła się od słupka, a dopiero potem wpadła do bramki tuż przy drugim słupku.

      2. Ratując remis z Rumunią, Szwajcarzy praktycznie zagwarantowali sobie awans do 1/8 finału. Rumuni też jednak nie są bez szans – w razie wygranej w ostatniej kolejce z Albanią będą mieli 4 punkty, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinno dać im kwalifikację do kolejnej rundy z drugiego lub trzeciego miejsca.

      3. Całkowicie pewni awansu są już za to gospodarze, mimo że w spotkaniu z Albanią nie zaprezentowali się najlepiej. Wynik 2:0 nie oddaje w pełni przebiegu tej rywalizacji; Francuzi bardzo długo nie byli w stanie przebić się przez albańską defensywę, ale ostatecznie w samej końcówce dopięli swego, a w doliczonym czasie dodatkowo wyprowadzili jeszcze skuteczny kontratak. Zaskoczeniem w tym meczu był wyjściowy skład reprezentacji Francji, w którym zabrakło Paula Pogby; zastępujący go Anthony Martial grał jednak na tyle słabo, że już po przerwie został zmieniony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 czerwca 2016 23:51
    • 13-14.06 - 4. i 5. dzień Euro - włoskie odrodzenie, hiszpańskie męki i węgierska niespodzianka

      Hiszpania – Czechy 1:0
      Irlandia – Szwecja 1:1
      Belgia – Włochy 0:2
      Austria – Węgry 0:2
      Portugalia – Islandia 1:1

      1. Poniedziałkowe starcie pomiędzy Belgią a Włochami było zdecydowanie najlepszym, jakie mogliśmy dotąd oglądać na francuskim turnieju. Przede wszystkim za sprawą reprezentantów Italii, którzy – co tu dużo kryć – zwyczajnie zdeklasowali faworyzowanych rywali i nie pozostawili żadnych wątpliwości co do tego, kto przywiózł na Euro drużynę, a kto jedynie zlepek indywidualności. Oczywiście, wszystkie krytyczne uwagi na temat słabości stanu osobowego włoskiej kadry pozostają w dalszym ciągu aktualne – poziom talentu chyba nigdy jeszcze nie był tam aż tak niski (a przynajmniej ja nie pamiętam). Sądząc jednak po przebiegu meczu z Belgią, łączna wartość całej reprezentacji Italii jest dużo większa, niż suma wartości jej poszczególnych piłkarzy. To odwrotnie niż u Belgów, którzy pokolenia młodych gwiazd grających na co dzień w lidze angielskiej (o ile przecież wyżej notowanej od włoskiej Serie A, która przez naszych rodzimych anglofili bywa wręcz wyszydzana) w dalszym ciągu nie są w stanie przekuć w zespół zdolny do wygrywania wielkich turniejów. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi chyba przede wszystkim selekcjoner, który mimo że ma do dyspozycji zawodników stworzonych do gry ofensywnej, to jednak zestawia ich w sposób ograniczający, a nie wykorzystujący ich naturalne atuty. Prawda może być też jednak taka, że belgijscy piłkarze nie są w rzeczywistości aż tak dobrzy, jak sugerowałaby to ich przynależność klubowa, a Włosi po prostu brutalnie ten fakt obnażyli.

      2. Wracając jeszcze do Włochów, trudno w ich szeregach wyróżnić jakiegoś indywidualnego bohatera, gdyż praktycznie cały zespół funkcjonował na boisku perfekcyjnie. Byłoby jednak zbrodnią nie wspomnieć o małym dziele sztuki, jakie przy pierwszym golu wspólnie stworzyli Leonardo Bonucci i Emanuele Giaccherini – długie na kilkadziesiąt metrów i dokładne co do centymetra podanie tego pierwszego do drugiego można by oglądać bez końca. Majstersztyk!

      3. Kończąc wątek włosko – belgijski, dodam jeszcze, że wspaniale obserwowało się dziecięcą, szaloną radość piłkarzy Italii, jaką zaprezentowali po końcowym gwizdku. Zwłaszcza w wykonaniu legendarnego bramkarza Gianluigiego Buffona, który w futbolu widział już i przeżył chyba wszystko, a mimo to wykazuje głód sukcesów i entuzjazm godny młodzika. Nawet jeżeli okaże się, że zwycięstwo nad Belgią było jedynym wzlotem Włochów na tym turnieju, to chociażby z tego względu warto było być jego świadkiem.

      4. W innym spotkaniu tego dnia Hiszpanie bardzo długo nie byli w stanie uporać się z Czechami. Samego meczu nie oglądałem, ale podobno wróciły wszystkie hiszpańskie grzechy, czyli powolne rozgrywanie piłki w nieskończoność, aż do uśpienia zarówno przeciwników, jak i kibiców. Tym razem ta taktyka okazała się skuteczna – tuż przed końcem regulaminowego czasu gry męki Hiszpanów zakończył Gerard Piqué, który strzałem głową pokonał Petra Čecha.

      5. Z kolei ostatni dzień pierwszej kolejki fazy grupowej przyniósł dwa zaskakujące rezultaty, z których większą niespodzianką była chyba mimo wszystko porażka Austrii z Węgrami. Była to zresztą przegrana całkowicie zasłużona, gdyż Austriacy prezentowali się wyjątkowo słabo i w niczym nie przypominali drużyny, która jeszcze w eliminacjach robiła prawdziwą furorę. Z kolei Madziarzy mają ogromne powody do radości – nie dość, że po wielu latach dostali się na wielką piłkarską imprezę, to jeszcze od razu wygrali; no i podczas gdy szanse Austrii na wyjście z grupy zmalały praktycznie do zera, to w przypadku Węgrów wzrosły one niepomiernie – punkt z Islandią powinien wystarczyć. Nie będzie to jednak zadaniem łatwym, gdyż w meczu z dużo wyżej notowaną Portugalią Islandczycy pokazali się z bardzo dobrej strony. Wprawdzie to Portugalczycy objęli prowadzenie po golu Naniego, ale po zmianie stron Wyspiarze zdołali wyrównać, a potem już do końca spotkania umiejętnie się bronili. Pomeczowe żale Cristiano Ronaldo, że Islandii zależało tylko i wyłącznie na tym, aby meczu nie przegrać, są chyba nieuzasadnione; zresztą gdyby gracz Realu Madryt lepiej współpracował z partnerami z drużyny (co robić powinien, jeżeli chce coś na tym turnieju zwojować), to być może nawet dzielna postawa Islandii nie na wiele by się jej zdała.

      6. Po zakończeniu pierwszej rundy spotkań nasuwa się jedna zasadnicza refleksja: pada mało goli. Żaden zespół nie zdobył więcej niż dwie bramki, a w żadnym meczu nie strzelono ich więcej niż trzy. Trochę słabo, zwłaszcza jeśli ma się w pamięci obfitującą w gole fazę grupową Mundialu w Brazylii. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 czerwca 2016 22:03
  • poniedziałek, 13 czerwca 2016
    • 12.06 - 3. dzień Euro - Polacy zwyciężają historycznie, a Niemcy jak zwykle

      Turcja – Chorwacja 0:1
      Polska – Irlandia Północna 1:0
      Niemcy – Ukraina 2:0

      1. Zacznę oczywiście od informacji najważniejszej, czyli od pierwszego zwycięstwa Reprezentacji Polski w historii (krótkiej, przyznaję) jej występów na piłkarskich Mistrzostwach Europy. Rozmiary wygranej są wprawdzie skromne, ale jej waga – z pewnością nie do przecenienia. Przede wszystkim wczorajsze zwycięstwo pokazało to, co wcześniej dość skutecznie zamaskowały ostatnie, niezbyt udane sparingi – a mianowicie, że podopieczni Adama Nawałki po pierwsze wiedzą, co każdy z nich ma robić na boisku, a po drugie, potrafią te założenia taktyczne konsekwentnie realizować. Przebieg meczu z Irlandią Północną był tego doskonałą ilustracją; nawet jeżeli pojedyncze akcje Polakom nie wychodziły, ani razu nie odniosłem wrażenia, że boiskowe wydarzenia wymknęły im się spod kontroli. Na dobrą sprawę, poza dosłownie jedną groźną sytuacją z drugiej połowy, Irlandczycy z Ulsteru nie mieli w tym spotkaniu nic do powiedzenia i tylko nasza nieskuteczność sprawiła, że dość długo utrzymywał się bezbramkowy remis. W porządku, Irlandia Północna to nie przeciwnik z najwyższej półki, a uporczywe zagrywanie długich piłek na jedynego napastnika nie jest najbardziej wyrafinowaną taktyką; pamiętajmy jednak: to są Mistrzostwa Europy, tu nikt nie oddaje pola za darmo, a każdy mecz, nawet z potencjalnie słabszym rywalem, kosztuje hektolitry potu. I jeszcze jedno – w grupie, w której awans może dać nawet trzecie miejsce, 3 punkty zdobyte już w pierwszym spotkaniu to ogromna zaliczka na poczet kolejnych gier. A jeśli ktoś mimo to chciałby deprecjonować wczorajszy sukces, to może warto, aby sobie uzmysłowił, że poza zwycięstwem nad Irlandią Północną swój pierwszy mecz na wielkim turnieju wygraliśmy jak dotąd tylko raz. W 1974 roku. A więc z perspektywy piłkarskiej – gazylion lat temu. Potem były już tylko remisy albo porażki.

      2. O samym spotkaniu nie będę się szczegółowo rozpisywał. Od siebie dodam tylko, że choć tytułem piłkarza meczu uhonorowano Grzegorza Krychowiaka (wykonał aż 70 celnych podań na 74 próby, rośnie nam polski Schweinsteiger), to mi jeszcze bardziej podobał się przebojowy Bartosz Kapustka oraz bezbłędny w defensywie Kamil Glik. Słowa uznania należą się również Arkadiuszowi Milikowi, który nie po raz pierwszy wyręczył Roberta Lewandowskiego w zdobywaniu goli. Generalnie jednak można chyba bez obaw powiedzieć, że przeciwko Irlandii Północnej wszyscy Polacy zagrali dobrze bądź bardzo dobrze.

      3. Przed zbliżającymi się starciami z Niemcami i Ukrainą mamy więc solidne podstawy do optymizmu. Tym bardziej, że w kolejnym spotkaniu, które odbyło się w niedzielę późnym wieczorem, ani jedni, ani drudzy specjalnie nie zachwycili. Konieczne jest oczywiście zachowanie odpowiednich proporcji – Niemcy to wciąż zespół o jakieś dwie klasy lepszy od polskiej reprezentacji, a to, co dla nas jest sufitem, z ich perspektywy jest podłogą. W wygranym meczu z Ukrainą nie było jednak tego widać; wręcz przeciwnie, w pierwszej połowie po szybko objętym przez Niemców prowadzeniu to Ukraińcy nacierali bardziej zdecydowanie i tylko doskonała postawa bramkarza Manuela Neuera sprawiła, że do przerwy wynik nie uległ zmianie. W drugiej połowie z ukraińskich piłkarzy niestety całkowicie uszło powietrze, a w doliczonym czasie gry Niemcy – jak to oni – zadali decydujące pchnięcie.

      4. W ostatnim (choć chronologicznie pierwszym) meczu tego dnia Chorwacja pokonała Turcję. Ozdobą meczu była bramka Luki Modricia, zdobyta soczystym uderzeniem zza pola karnego.

      5. Byłbym zapomniał. Jest jeszcze jeden wymierny skutek polskiego zwycięstwa nad Irlandią Północną. Tym razem nie będzie meczu o honor! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 czerwca 2016 22:49
    • 10-11.06 - 1. i 2. dzień Euro - bohater Payet, Słowianie vs Brytole i bratobójczy pojedynek

      Francja - Rumunia 2:1
      Albania - Szwajcaria 0:1
      Walia - Słowacja 2:1
      Anglia - Rosja 1:1

      1. Euro 2016 oficjalnie rozpoczęte! Mecz otwarcia, w którym zmierzyli się gospodarze oraz reprezentacja Rumunii, dość długo toczył się według typowego scenariusza: faworyt nie potrafił udokumentować swojej przewagi, aż w końcu z pomocą przyszedł mu arbiter (nie zauważył faulu przy golu Oliviera Giroud). Potem jednak dość nieoczekiwanie Rumuni zdołali strzelić bramkę wyrównującą i we francuskim obozie zrobiło się nieco nerwowo. Zbawicielem Francuzów okazał się ten, którego przed spotkaniem mało kto typował do tej roli, a mianowicie Dimitri Payet – wspaniały strzał pomocnika West Ham United w samej końcówce meczu zapewnił Francuzom zwycięstwo. Jeśli dodać do tego asystę Payeta przy pierwszej bramce, to wychodzi na to, że Francja ma nowego (i chyba dość niespodziewanego) bohatera.

      2. Drugi dzień Mistrzostw stał pod znakiem pojedynków Brytyjczyków ze Słowianami. Najpierw Walia okazała się nieznacznie lepsza od Słowacji, wygrywając z nią w stosunku 2:1. W drugiej odsłonie Słowacy osiągnęli znaczną przewagę, i gdy już wydawało się, że lada chwila rozstrzygną mecz na swoją korzyść, dostali fangę w nos, po której się już nie otrząsnęli. Z kolei w wieczornym spotkaniu pomiędzy Anglią a Rosją, zapowiadanym jako jeden z hitów fazy grupowej, doszło do podziału punktów. Na dobrą sprawę angielscy piłkarze powinni ten mecz spokojnie wygrać, byli bowiem zdecydowanie lepsi i stworzyli sobie dużo więcej sytuacji bramkowych, niż ich przeciwnicy; w ich szeregach mógł się podobać zwłaszcza wszędobylski Adam Lallana. Anglikom brakowało jednak zarówno szczęścia, jak i sprytu pod bramką rosyjską; farta nie zabrakło natomiast Rosjanom – mimo, że praktycznie przez cały mecz grali piach (ich postawę w pierwszej połowie można by śmiało określić mianem sabotażu), to jednak jakimś cudem jedna rozpaczliwa akcja w doliczonym czasie gry przyniosła im upragnione wyrównanie.

      3. Spotkania Albanii ze Szwajcarią nie miałem okazji oglądać. Ponoć jego największą atrakcją był fakt, że po raz pierwszy historii Mistrzostw Europy w jednym meczu zagrali przeciwko sobie dwaj bracia. Taulant i Granit Xhaka, bo o nich mowa, mają korzenie albańskie, ale urodzili się już w Szwajcarii; starszy Taulant reprezentuje kraj przodków, z kolei Granit zdecydował się przywdziać barwy szwajcarskie. Los sprawił, że na Euro 2016 stanęli po przeciwnych stronach barykady – tym razem górą był młodszy z braci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 czerwca 2016 21:18
  • sobota, 11 czerwca 2016
    • Wróżby po francusku

      Ponieważ już za moment na murawę wybiegną piłkarze Francji i Rumunii, nie będę tracił czasu na szumne zapowiedzi Euro 2016. Grunt, że turniej wreszcie się zaczyna, że potrwa aż miesiąc (ku niewątpliwej uciesze wszystkich kobiet), oraz że wystąpią w nim Polacy. Poniżej efekty mojego wróżenia z fusów na temat tego, kto we Francji najszybciej spakuje walizki, kto zostanie trochę dłużej, a kto wyjedzie z pucharem. Oczywiście, znając moją umiejętność przewidywania piłkarskiej przyszłości, już teraz uprzedzam, że nic z tego, co napisałem, prawdopodobnie się nie sprawdzi.

       

      Nie wyjdą z grupy:

      Albania – okej, nie będę nawet udawał, że coś wiem na temat Albańczyków; wiem tylko tyle, że nie wyjdą z grupy!

      Walia – Walijczycy mają w swoich szeregach najdroższego piłkarza świata, Garetha Bale’a, który w dużej mierze w pojedynkę przeciągnął ich przez eliminacje (7 goli); w Mistrzostwach Europy sam Bale to jednak za mało, by pokonać wyżej notowanych Anglików, Rosjan czy Słowaków.

      Irlandia Północna – nasz przeciwnik w pierwszym meczu. Stereotypowo można by powiedzieć, że największym atutem piłkarzy z Ulsteru będzie waleczność, ale nie można zapominać, że w eliminacjach wygrali oni swoją grupę; w piłkę grać więc potrafią, ale mimo wszystko słabiej niż ich grupowi rywale.

      Turcja – wszystkie oczy będą skierowane na Ardę Turana, a ten akurat zaliczył niezbyt udany sezon w nowym klubie i daleko mu do formy, jaką prezentował jeszcze nie tak dawno temu w Atlético Madryt. Nawet jeśli podczas turnieju odzyska blask, to i tak klasa partnerów jest chyba niewystarczająca, by Turcja zdołała wyjść z grupy śmierci (z Hiszpanią, Czechami i Chorwacją)

      Irlandia – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Irlandczycy zanotują podobny występ, jak cztery lata temu w Polsce – będzie dużo ambicji i mnóstwo walki, ale nie będzie wyników. W zasięgu drużyny z Zielonej Wyspy pozostaje tylko reprezentacja Szwecji, ale awans z trzeciego miejsca będzie możliwy tylko dzięki wyjątkowo pomyślnemu układowi rezultatów w pozostałych grupach.

      Węgry – już samo to, że Madziarzy po 48 latach przerwy zdołali awansować do finałowego turnieju o Mistrzostwo Europy, jest z punktu widzenia poziomu ich reprezentacji dużym sukcesem; i na tym niestety się skończy.

      Ukraina – Ukraińcy pokonali Polskę dwukrotnie w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Brazylii, jednak obecnie prezentują się nieco słabiej niż wtedy, a z kolei my – znacznie lepiej. Dlatego też to Polacy, a nie nasi sąsiedzi zza Buga, zakończą rozgrywki w Grupie C na drugim, premiowanym awansem miejscu.

      Szwecja – podobna sytuacja, jak w przypadku Walii – jedna niekwestionowana supergwiazda (Zlatan Ibrahimović) plus dziesięć koszulek. Ibracadabra trafił na wyjątkowo mało utalentowaną generację szwedzkich piłkarzy. Zresztą, nawet w czasach, gdy w kadrze Zlatanowi partnerowali Henrik Larsson czy Fredrik Ljungberg, na wielkich turniejach efekty pozostawały mizerne i nie ma żadnych powodów, by sądzić, że tym razem będzie inaczej.

       

      Odpadną w 1/8 finału:

      Rumunia – selekcjonerem reprezentacji Rumunii jest legendarny Anghel Iordănescu, ten sam, który ponad dwie dekady temu doprowadził ją do największego sukcesu w historii w postaci awansu do ćwierćfinału Mistrzostw Świata. Wówczas jednak miał do dyspozycji wybitnie uzdolnione pokolenie piłkarzy, podczas gdy obecny skład Rumunii stanowią futboliści co najwyżej przeciętni. Największym atutem rumuńskiej kadry jest doskonała gra w obronie, dzięki której w eliminacjach straciła ona zaledwie 2 gole. To powinno wystarczyć, by wyjść z grupy A z drugiego lub trzeciego miejsca (Francja jest raczej poza zasięgiem Rumunów, choć w meczach otwarcia zdarzają niespodzianki), awansować dalej będzie już jednak szalenie ciężko.

      Islandia – choć będzie to debiutancki występ Islandii na wielkim turnieju piłkarskim, nic nie wskazuje na to, że będzie ona chłopcem do bicia. Wręcz przeciwnie, fakt, że w eliminacjach do Mistrzostw Europy Islandia wyprzedziła w grupie tak renomowane zespoły jak Turcja czy Holandia, świadczy o tym, że Wyspiarzy należy się na tym turnieju obawiać. Są w stanie napsuć krwi nawet Portugalii, ale bardziej prawdopodobne jest, że powalczą z Austrią o drugie miejsce w grupie F.

      Szwajcaria – kadra Helwetów to prawdziwy tygiel etniczny; może właśnie dlatego prowadzenie zespołu powierzono selekcjonerowi, który biegle włada aż siedmioma językami. Taka mieszanka rzadko kiedy jednak przynosi pozytywne efekty na boisku, zwłaszcza w futbolu reprezentacyjnym. Liderem drużyny ma być młody Granit Xhaka, pytanie tylko, czy będzie w stanie udźwignąć ciążącą na nim odpowiedzialność. Jeżeli mu się uda, to Szwajcarzy powinni zameldować się w 1/8 finału, ale więcej raczej na turnieju nie zwojują.

      Włochy – skład osobowy kadry, jaką przywiózł ze sobą do Francji trener Antonio Conte dość dobrze obrazuje kryzys, z jakim boryka się włoski futbol przez ostatnie lata. Wśród reprezentantów Italii próżno szukać godnych następców Andrei Pirlo, Alessandro Del Piero czy choćby Filippo Inzaghiego. Wątpliwości nie budzi w zasadzie tylko obsada bramki (tam po raz kolejny stanie bramkarski gigant, liczący sobie już 38 wiosen Gianluigi Buffon) oraz linii defensywnej, którą stanowić będzie niezawodne trio z Juventusu Turyn. Im jednak dalej w pole, tym robi się coraz marniej. Z drugiej strony, siłą Włochów zawsze była przede wszystkim gra w obronie; podczas Euro 2016 pozwoli to Azzurrim na wyjście z grupy, ale już ćwierćfinał to chyba dla nich zbyt wysokie progi.

      Rosja – reprezentacja Rosji zanotowała fantastyczny występ na Euro 2008, ale potem już nigdy nawet nie zbliżyła się do tamtych sukcesów. Francuskich boisk Rosjanie także nie zawojują, choć przez stosunkowo łatwą grupę powinni przebrnąć (decydujący o kształcie tabeli powinien być ich drugi mecz ze Słowacją). Prawie wszyscy rosyjscy piłkarze grają na co dzień w lidze rosyjskiej; najwięcej oczekuje się po występującym w Zenicie Sankt Petersburg duecie napastników Kokorin – Dziuba, który w eliminacjach do turnieju zdobył łącznie 11 goli.

      Chorwacja – w reprezentacji Chorwacji największa moc drzemie w pomocy. Takie nazwiska jak Modrić czy Rakitić muszą budzić respekt u każdego rywala. Jeżeli dodatkowo w formie będzie grający na szpicy Mario Mandżukić, to Chorwaci będą w stanie mocno namieszać w grupie śmierci, w której prócz nich znaleźli się także Hiszpanie, Czesi i Turcy. Na pewno stać ich na awans do 1/8 finału, potem dużo będzie zależeć od tego, na kogo na tym etapie wpadną.

      Czechy – tegoroczne Mistrzostwa Europy będą już piątymi z rzędu, na których wystąpi reprezentacja Czech. Choć tym razem nasi południowi sąsiedzi nie przywieźli ze sobą gwiazd pokroju Nedvěda czy Poborskiego (ze starej gwardii w kadrze pozostał jeszcze tylko trapiony kontuzjami Tomáš Rosický), to jednak z całą pewnością w piłkę grać potrafią i w starciach z grupowymi rywalami nie stoją na straconej pozycji. Warto też pamiętać, że wyszli zwycięsko z bardzo trudnej grupy eliminacyjnej, wyprzedzając m.in. reprezentację Turcji, z którą teraz los skojarzył ich ponownie. Mój typ to 1/8 finału, ale wcale nie musi się na tym skończyć.

      Słowacja – to, jak wypadnie reprezentacja Słowacji na francuskim turnieju, w 90% zależeć będzie od postawy Marka Hamšíka. Ponieważ w zakończonym niedawno sezonie klubowym pomocnik Napoli imponował formą, Słowacy mogą mieć powody do optymizmu. Anglia wydaje się wprawdzie być poza ich zasięgiem, ale zarówno Rosja, jak i Walia, to drużyny na pewno do pokonania. Awans do 1/8 finału to zatem w przypadku Słowacji scenariusz jak najbardziej realny.

       

      Odpadną w 1/4 finału:

      Polska – wiem, że to dość optymistyczna prognoza, ale moim zdaniem w obecnych okolicznościach jak najbardziej uzasadniona. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat wszystkie elementy układanki są na swoim miejscu. Jest świetny trener, który zna się na swoim fachu i mówi zrozumiałym językiem (i nie, nie piję tu do Leo Beenhakkera), a do tego nie popełnił żadnych ewidentnych błędów na etapie selekcji (co przed poprzednimi turniejami zdarzało się nagminnie). Jest silny trzon kadry, stworzony z piłkarzy klasy światowej (Lewandowski, Krychowiak) lub przynajmniej europejskiej (Glik, Milik, Szczęsny). Jest też paru młodych wilczków, którzy w razie potrzeby są w stanie wprowadzić na boisku trochę pozytywnego zamętu (Zieliński, Linetty, Kapustka). Jest wreszcie dobra, sprzyjająca kadrze atmosfera – bez buńczucznego przekonania, że jesteśmy w tych Mistrzostwach skazani na sukces, ale z poczuciem własnej wartości. I taki właśnie będzie polski przepis na ćwierćfinał Mistrzostw Europy.

      Portugalia – zespół, który ma w składzie Cristiano Ronaldo, nie ma prawa zagrać na tym turnieju słabo. Oczywiście, piętą achillesową Portugalii po raz kolejny jest brak klasowego środkowego napastnika, ale mimo to piłkarz Realu Madryt i jego kompani powinni bez większych przeszkód dotrzeć do ćwierćfinału. Tam Portugalia prawdopodobnie trafi na Anglię, z którą – gdy ostatnio obie drużyny mierzyły się na wielkich turniejach – za każdym razem wygrywała. Coś mi jednak podpowiada, że tym razem będzie inaczej, a półfinały Mistrzostw Europy Portugalczycy obejrzą już w domu.

      Belgia – piekielnie silna, a przy tym bardzo młoda drużyna, która z roku na rok się rozwija. Dwa lata temu na Mistrzostwach Świata w Brazylii Belgowie zapłacili frycowe, teraz celują co najmniej w półfinał. Czy to realny cel? Patrząc na skład Belgów (de Bruyne! Hazard! Courtois!), jak najbardziej, problem w tym, że w ćwierćfinale na ich drodze stanie najpewniej reprezentacja Niemiec, która póki co jest chyba jeszcze poza zasięgiem podopiecznych Marca Wilmotsa. Z drugiej strony, Belgowie to – według rankingu FIFA – druga najlepsza drużyna świata, teoretycznie więc nawet w spotkaniu z Niemcami mają oni prawo liczyć na sukces. Myślę jednak, że prawdziwych fajerwerków w wykonaniu reprezentacji Belgii powinniśmy się spodziewać dopiero za 2 lata na kolejnych Mistrzostwach Świata.

      Austria – przez eliminacje Austriacy przeszli jak tornado, wygrywając 9 z 10 spotkań i prezentując naprawdę piękną piłkę. Sielankowy nastrój trochę zepsuły tegoroczne sparingi, w których Austria przegrała ze Szwajcarią, Turcją i Holandią, a pokonała tylko Albanię i Maltę. Wiadomo, to tylko spotkania towarzyskie, ale przykład kadry Jerzego Engela sprzed 14 lat pokazuje, że takich niepokojących symptomów nie powinno się lekceważyć. Na korzyść Austrii działa jednak stosunkowo nietrudna grupa (bardzo istotny będzie mecz z Islandią, bezpośrednim rywalem do zajęcia drugiego miejsca) oraz korzystna drabinka w fazie pucharowej. Na ćwierćfinał powinno wystarczyć, zwłaszcza jeśli na wysokości zadania stanie największa gwiazda drużyny i jej mózg – David Alaba.

       

      Finałowa czwórka:

      Hiszpania – reprezentacja Hiszpanii to zdecydowanie największa niewiadoma turnieju. Może odpaść już po pierwszej rundzie (tym bardziej, że trafiła do grupy śmierci), ale równie dobrze jest w stanie sięgnąć po Mistrzostwo Europy. Dużo zależy od tego, w jakim stopniu selekcjonerowi udało się wkomponować nowe twarze do kadry starych mistrzów (trzon zespołu w dalszym ciągu stanowią Casillas, Ramos, Piqué, Iniesta, Busquets i David Silva); jeśli weterani otrzymają należyte wsparcie ze strony Álvaro Moraty czy Nolito, to Hiszpanie z rundy na rundę będą coraz groźniejsi. Kluczem będzie zajęcie pierwszego miejsca w grupie – jeśli ten warunek zostanie spełniony, to patrząc na turniejową drabinkę na Hiszpanów czeka czerwony dywan aż do półfinału. Tam zaś może zdarzyć się wszystko.

      Anglia – z reprezentacją Anglii przed każdym wielkim turniejem jest tak samo: jej kibice są święcie przekonani, że tym razem w końcu odniesie ona sukces, a wszyscy inni doskonale wiedzą, że ponownie nic z tego nie będzie. Jak każda długa passa, także i ta musi się jednak kiedyś skończyć. Mam przeczucie, że na francuskim turnieju reprezentacja Anglii w końcu zanotuje występ na miarę swoich ambicji; w jej kadrze nie ma już lampardowsko – gerrardowskich złogów (nie uwłaczając!), jest za to kilku młodych, bardzo zdolnych piłkarzy, którzy do spółki z Rooneyem (najstarszym w zespole – co za czasy!) są w stanie wiele zdziałać. Okej, mistrzostwa wprawdzie nie zdobędą, ale stać ich nawet na półfinał. Kluczem będzie dyspozycja napastników – tu akurat selekcjoner ma kłopot bogactwa.

      Niemcy – nie wymienić Niemców w gronie ścisłych pretendentów do złota byłoby niedorzecznością, tym bardziej, że mówimy tu o aktualnych mistrzach świata. Poza tym, jak mówi znane piłkarskie porzekadło, piłka nożna to taka gra… ale dobra, nie będę go cytował, bo znają je nawet dzieci w kołysce. Sęk w tym, że nawet Niemcy mają swoje problemy, zwłaszcza w obronie, która nie dość, że już jest dziurawa jak durszlak (w 4 tegorocznych spotkaniach towarzyskich wpuściła aż 7 goli, nie przebili się przez nią tylko Węgrzy), to jeszcze dodatkowo przetrzebiona kontuzjami. Ponadto, po raz drugi z rzędu odniesiony w ostatniej chwili uraz wyeliminował z udziału w wielkim turnieju Marco Reusa. Jeśli dodać do tego beznadziejnie ostatnio dysponowanego Mario Götze oraz brak w kadrze Philippa Lahma (zakończył karierę reprezentacyjną), to nawet wiara w teutońską potęgę zaczyna się chwiać. W środku pola oraz w bramce (Neuer!) Niemcy mają jednak dość siły, by bezboleśnie dotrzeć do półfinału, gdzie najprawdopodobniej zmierzą się z gospodarzami turnieju.

      Francja – gospodarz Mistrzostw, a tym samym jeden z jego murowanych faworytów. Do tego ostatnimi czasy Francuzi mają szczęście do turniejów organizowanych w ich ojczyźnie – dwa poprzednie (Mistrzostwa Europy w 1984 roku i Mistrzostwa Świata w 1998 roku) wygrali w cuglach. Tym razem nie mają jednak w składzie piłkarskich bogów pokroju Platiniego, Zidane’a, Blanca czy Deschampsa (Paul Pogba to jeszcze nie ta liga), ale niewykluczone, że ktoś taki objawi się dopiero w trakcie imprezy; historia wielkich turniejów zna takie przypadki. Na dodatek w tegorocznych sparingach reprezentacja Francji wypadała śpiewająco – wygrała bez wyjątku wszystkie. I jeszcze jedno – począwszy od blamażu na Mistrzostwach Świata w RPA w 2010 roku, z roku na rok Tricolores grają coraz lepiej; na Euro 2012 roku byli jeszcze stosunkowo bezbarwni, ale już dwa lata później w Brazylii grali ładną piłkę i ulegli dopiero Niemcom (zresztą nieznacznie). Teraz w półfinale zameldują się na pewno, jeśli tam pokonają reprezentację Niemiec (tak została zbudowana turniejowa drabinka), to droga do złota stanie otworem.

       

      Kto zwycięży?

      Serce podpowiada, że Polska ;) Rozum – że Francja. A doświadczenie – że Niemcy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      sobota, 11 czerwca 2016 12:21
  • poniedziałek, 11 stycznia 2016
    • Pół roku niebezpiecznego życia

      W piłkarskim świecie zmiany następują szybciej, niż gdziekolwiek indziej. Rok 2014 Real Madryt, prowadzony wówczas przez Carlo Ancelottiego, kończył opromieniony zdobyciem czterech trofeów (w tym tego najcenniejszego w postaci Ligi Mistrzów). Jakby tego było mało, swą hegemonię Madrytczycy dodatkowo przypieczętowali serią dwudziestu dwóch wygranych oficjalnych spotkań z rzędu, przy druzgocącym wręcz bilansie bramkowym 81 (słownie: osiemdziesiąt jeden) do 10. Wobec takiej dyspozycji Królewskich wydawało się wręcz nieuniknione, że w nadchodzących miesiącach gablota w klubowym muzeum wzbogaci się o kolejne puchary. Tym bardziej, że dokładnie w tym samym czasie odwieczny wróg Realu, FC Barcelona, coraz bardziej pogrążała się w kryzysie zarówno sportowym, jak i organizacyjnym. Kulminację tego kryzysu stanowiły dymisja dyrektora sportowego Antoniego Zubizaretty i rezygnacja ze stanowiska jego asystenta Carlesa Puyola, do których doszło 5 stycznia 2015 roku. Mając na uwadze, że zaledwie dzień wcześniej Barça fatalnie rozpoczęła nowy rok, przegrywając na wyjeździe z Realem Sociedad San Sebastián, policzone zdawały się być także dni trenera Katalończyków, Luisa Enrique.

      Ówczesny wzlot Realu był wyraźnie widoczny także w wymiarze indywidualnym. O ile Cristiano Ronaldo w styczniu 2015 roku właśnie szykował się, by odebrać swoją drugą z kolei (a trzecią w ogóle) Złotą Piłkę, o tyle dla Leo Messiego poprzedzające miesiące były jednymi z najsłabszych w jego karierze. Na domiar złego, jak dotąd zupełnie nie sprawdzał się kupiony przed sezonem 2014/15 do Barcelony Luis Suárez, który nie potrafił znaleźć wspólnego języka z partnerującymi mu w ataku Messim i Neymarem. Początki Urugwajczyka w katalońskim klubie były na tyle ciężkie, że zaczęły pojawiać się nawet plotki o rychłym powrocie napastnika do Premier League. Dla odmiany zarówno Niemiec Toni Kroos, jak i Kolumbijczyk James Rodriguez (obaj zakupieni w letnim oknie transferowym) praktycznie od razu świetnie wkomponowali się w zespół Realu, z powodzeniem wypełniając lukę, jaka powstała w środkowej formacji Królewskich po rezygnacji z usług Xabiego Alonso i Ángela Di Marii.

      Od tamtej pory minęło raptem dwanaście miesięcy, a futbolowy krajobraz zdążył zmienić się nie do poznania. Carletto już nie pracuje w Realu. Ba, nie pracuje już w nim także Rafa Benítez, który zastąpił Włocha po nieudanej końcówce poprzedniego sezonu, i któremu z początkiem stycznia 2016 roku po zaledwie pół roku pracy także pokazano drzwi. Wbrew oczekiwaniom z początku ubiegłego roku, Królewscy nie zdobyli w minionych 12 miesiącach żadnego trofeum. Ku rozpaczy madryckich kibiców, Ligę Mistrzów wygrała znienawidzona Barcelona, czyniąc to na dodatek w porywającym stylu – w drodze po końcowy sukces Katalończycy rozbili zwycięzców wszystkich najsilniejszych lig w Europie, tj. mistrzów Anglii, Francji, Niemiec i Włoch. Mało tego, do triumfu w najważniejszych rozgrywkach klubowych Barcelona dołożyła Mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Hiszpanii, a po letniej przerwie – także Superpuchar Europy i wygraną w Klubowych Mistrzostwach Świata. Ogółem zaś z 65 rozegranych w tym czasie oficjalnych spotkań wygrała aż 51 (dokładnie tyle samo razy zwyciężał rok wcześniej Real Madryt). Kluczem do tych wszystkich sukcesów okazała się przede wszystkim znakomita współpraca ofensywnego, południowoamerykańskiego tercetu Messi – Suárez – Neymar, który w 2015 roku łącznie zdobył rekordowe 137 z aż 180 bramek strzelonych przez cały zespół Barçy (który to wynik również stanowi wyczyn bez precedensu). Ażeby lepiej wyobrazić sobie skalę osiągnięć barcelońskiego napadu, wystarczy sobie uzmysłowić, iż jego członkowie w trójkę uzbierali w minionym roku więcej goli, niż jakikolwiek inny klub w Europie za wyjątkiem Paris Saint Germain (którego piłkarze umieszczali piłkę w siatce aż 138 razy). Rola primus inter pares w tym tercecie przypadła rzecz jasna Leo Messiemu; można spokojnie stawiać dolary przeciwko orzechom, że już za kilka dni Złota Piłka za rok 2015 po dwuletniej przerwie ponownie trafi w ręce Argentyńczyka. Messi w ubiegłym roku odzyskał fantastyczną formę, którą imponował zwłaszcza w czasach, gdy Barcelonę prowadził jeszcze Pep Guardiola. Dla porównania, Cristiano Ronaldo po świetnym początku roku z każdym kolejnym miesiącem gasł coraz bardziej i choć Portugalczyk znajdzie się na podium plebiscytu dla najlepszego piłkarza 2015 roku, to jednak ostatnich miesięcy na pewno nie zaliczy do udanych. Wreszcie, w tej wyliczance barcelońskich przewag nie może zabraknąć także pochwał dla trenera Luisa Enrique (wciąż chyba nieco niedocenianego w Europie). Były napastnik Barcy (ale i Realu!) okazał się w końcu tym, który z jednej strony potrafił zachować i jeszcze usprawnić najlepsze elementy schedy pozostawionej mu przez Pepa Guardiolę, a jednocześnie umiał wzbogacić grę Katalończyków o dodatkowe, niebagatelne atuty (kontrataki i stałe fragmenty gry). Obecnie nie ulega już wątpliwości, że w przeciwieństwie do jego poprzedników Luis Enrique zdołał nadać Barcelonie własny, charakterystyczny sznyt.

      Dość jednak tych peanów na cześć Dumy Katalonii. Wydaje się, że do podobnych wniosków doszedł w Madrycie także Florentino Pérez, wymawiając posadę Rafie Benítezowi, którego dotychczasowa praca raczej nie rokowała sukcesów, i powierzając misję prowadzenia zespołu słynnemu Zizou. Czy Zinédine Zidane stanie się dla Realu tym, kim dla Barcelony był Pep Guardiola i zapoczątkuje nową erę w historii klubu z Santiago Bernabéu? Póki co Francuz zaczął wspaniale (od zwycięstwa 5:0 nad Deportivo La Coruña), jednak prawdziwe wyzwania dopiero przed nim. Trudno oprzeć się wrażeniu, że oddając stery okrętu w ręce tak niedoświadczonego szkoleniowca prezydent Królewskich bardzo ryzykuje. Owszem, Guardiola przed objęciem stanowiska pierwszego trenera również miał za sobą epizod jedynie w drużynie B, ale on w odróżnieniu od Zidane’a miał w 2008 roku całe wakacje na zapoznanie się z zespołem i przetestowanie swoich pomysłów. Francuz jest tego luksusu pozbawiony, od razu został rzucony na głęboką wodę i będzie musiał się mocno starać, aby nie pogrążyć się w odmętach. I liczyć na powtórkę z nie tak dawnej jeszcze historii, gdy szkoleniowiec obejmujący zespół w środku sezonu okazywał się cudotwórcą – tak było choćby w przypadku równie nieopierzonego Roberto di Matteo, który w sezonie 2011/12 w pół roku przeprowadził Chelsea Londyn od przeciętności do zwycięstwa w Lidze Mistrzów (a ta sztuka nie udawała się przedtem takim trenerskim tuzom, jak choćby José Mourinho czy Carlo Ancelotti). Można sięgnąć jeszcze głębiej w przeszłość i przywołać przykład Vicente del Bosque, który Realu Madryt miał być jedynie trenerem tymczasowym (w trakcie sezonu 1999/00 zastąpił zwolnionego Johna Toshacka), a stał się legendą, dwukrotnie sięgając po Ligę Mistrzów i Mistrzostwo Hiszpanii. Z drugiej jednak strony, w tym samym Realu Madryt los z reguły brutalnie obchodził się z trenerami „strażakami”. Niepowodzeniem kończyły się przecież całkiem świeże jeszcze próby ratowania nieudanego sezonu przez Wanderleya Luxemburgo, Juana Ramóna Lópeza Caro czy też Juande Ramosa.

      Tych, którzy twierdzą, że Zinédine Zidane ma przed sobą minimum pół roku spokojnej pracy, pragnę przestrzec. W Realu Madryt nie istnieje coś takiego, jak okres próbny. Albo wygrywasz tu i teraz, albo wylatujesz jutro. Francuza również ta zasada dotyczy, tym bardziej, że obecny sezon wcale nie jest jeszcze dla Królewskich stracony. Madrytczycy wciąż są jednymi z głównych faworytów do wygrania Ligi Mistrzów, a w Primera División tracą do lidera zaledwie 4 punkty, czyli tyle, co nic. Brak triumfu w przynajmniej jednych z tych dwóch rozgrywek (na Puchar Hiszpanii, z uwagi na niedawną dyskwalifikację, Królewscy już szans nie mają) może kosztować Zizou posadę. No chyba że Florentino Pérez w końcu nauczy się, że nieustanne żonglowanie szkoleniowcami to droga donikąd. Albo – co dużo bardziej prawdopodobne – latem na rynku trenerskim akurat nie będzie żadnego głośnego nazwiska, które zaspokajałoby ambicje włodarza Królewskich. Tak czy siak, odwołując się do znanej frazy autorstwa prezydenta Sukarno, słynnego Francuza czeka co najmniej pół roku niebezpiecznego życia.

      AKTUALIZACJA (14.01.2016):
      Teza o całkowitym odwróceniu losów Realu i Barcelony znalazła właśnie kolejne potwierdzenie. 30 grudnia 2014 roku Trybunał Arbitrażowy do spraw Sportu w Lozannie (CAS) ostatecznie utrzymał w mocy zakaz transferowy nałożony na kataloński klub w związku z nieprawidłowościami, jakich dopuściła się Barcelona przy pozyskiwaniu małoletnich piłkarzy spoza Unii Europejskiej. Zakaz ten obejmował dwa okienka transferowe (zimowe i letnie w 2015 roku) i przestał obowiązywać z końcem ubiegłego roku. Dziś jednak FIFA ogłosiła, iż identyczna kara - i to za takie same przewinienia - zostanie wymierzona Realowi Madryt (oraz jego rywalowi zza miedzy, Atlético Madryt). Oczywiście Królewscy na pewno będą próbowali odwołać się od tego rozstrzygnięcia, jeżeli jednak im się to nie uda, to ani latem tego roku, ani zimą przyszłego roku nie będą mogli zarejestrować żadnego nowego piłkarza. Z pewnością nie jest to najlepsza wiadomość ani dla prezydenta Realu (którego znakiem rozpoznawczym od lat jest transferowa bulimia), ani dla nowego opiekuna zespołu z Madrytu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fidelrulez
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 stycznia 2016 02:22

Kalendarz

Styczeń 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny