Wpis

piątek, 04 kwietnia 2014

5 mgnień piłkarskiej wiosny

Ktoś kiedyś powiedział, że spotkania ćwierćfinałowe Ligi Mistrzów to sól tych rozgrywek. Tę błyskotliwą, zasłyszaną w telepatrzydle myśl długo przyjmowałem za pewnik. Jakiż w końcu jest lepszy moment, by stworzyć niezapomniany piłkarski spektakl, aniżeli ćwierćfinał – myślałem ja. Po pierwsze, na tym etapie turnieju z reguły nie ma już słabeuszy – i dobrze, bo co to za przyjemność po raz kolejny oglądać, jak Goliat spuszcza manto Dawidowi (tak, tak, w Lidze Mistrzów jest odwrotnie niż Starym Testamencie – duzi zwyciężają, a mali cieszą się, że w ogóle są zapraszani na ring). A po drugie, inaczej niż ma to miejsce w półfinałach (a w finale tym bardziej), w ćwierćfinałach futbolistom aż tak bardzo nie pęta jeszcze nóg ani strach przed porażką, ani narzucona przez trenera taktyka. Tak więc pierwotnie w notce tej miałem szczery zamiar rozpisać się, jak to wspaniale, widowiskowo i spektakularnie w owych ćwierćfinałach Ligi Mistrzów bywało. Gdy jednak zacząłem odrobinę grzebać w pamięci, to ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w rzeczywistości na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zbyt wielu fajerwerków w tej fazie rozgrywek nie uświadczyliśmy. Tzn. owszem, wybitne mecze się zdarzały, nie mówię, że nie. Ale też bez przesady – gdy prześledzi się przebieg ćwierćfinałów rok po roku, to wyjdzie na jaw, że czasami nawet przez kilka lat z rzędu (np. od sezonu 2008/09 do teraz) w zasadzie nie było w nich starcia, które z jakiegokolwiek względu trafiłoby do annałów tej dyscypliny.

Co w sumie znacznie ułatwia mi zadanie, które sobie w tej notce wyznaczyłem. Miało być o legendarnych ćwierćfinałach? To i będzie! Z całej, liczącej sobie już 21 lat historii Ligi Mistrzów, wytypowałem 5 ćwierćfinałowych spotkań, które moim skromnym zdaniem bezwzględnie należało obejrzeć.

Na pierwszy ogień idzie mecz sprzed lat 14, rozegrany w sezonie 1999/00 pomiędzy Valencią CF a Lazio Rzym na Estadio Mestalla. Lazio? Wówczas (w kwietniu 2000 roku) był to klub opromieniony aurą ostatniego w historii triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów, lider (i przyszły mistrz) włoskiej Serie A (wtedy wciąż jeszcze najmocniejszej ligi na świecie), w którego składzie figurowały takie nazwiska jak Nedvěd, Salas, Nesta, Mihajlović, Simeone czy Verón. Valencia? Poza znawcami hiszpańskiego futbolu mało kto drużynę Nietoperzy kojarzył (choć czas pokazał, że i w jej szeregach znajdowali się w owym czasie piłkarze wybitni), a już na pewno nikt o zdrowych zmysłach nie przypuszczał, że z pojedynku z Rzymianami wyjdzie ona obronną ręką. Tymczasem tak właśnie się stało, a losy rywalizacji rozstrzygnęły się już w pierwszym spotkaniu, w którym Valencia rozgromiła rywali w stosunku 5:2. Nie tylko jednak wynik robił wrażenie, lecz i sposób gry Hiszpanów – szybki, zdecydowany, oparty na błyskawicznie wyprowadzanych kontratakach, które rozrywały włoską obronę na strzępy. Z takiej właśnie gry Valencia miała słynąć w Europie przez najbliższe kilka lat i dzięki niej odnosić największe sukcesy w swej klubowej historii. W tym sensie zwycięski mecz z Lazio stanowił narodziny tego wspaniałego zespołu.

Do historii przeszedł również inny z ćwierćfinałowych bojów tej samej edycji Ligi Mistrzów, stoczony pomiędzy Manchesterem United (obrońcą tytułu z poprzedniego roku) a Realem Madryt. O pierwszym meczu, rozegranym w stolicy Hiszpanii, nie warto wspominać (był bezbramkowy remis, a z boiska generalnie wiało nudą), jednakże już spotkanie rewanżowe z nawiązką wynagrodziło ten niedosyt. Na Old Trafford padł wówczas wynik 3:2 dla Realu, co było sporą niespodzianką (były takie czasy, gdy zwycięstwa Realu ujmowano w tych kategoriach). Faktem jest jednak, że Królewscy wzlecieli w tym meczu na poziom wręcz niebotyczny - po niespełna godzinie gry prowadzili już 3:0 i był to wynik w pełni zasłużony. "Swojaka" ustrzelił Roy Keane, potem dwukrotnie ukłuł gospodarzy Raul. Druga bramka autorstwa Hiszpana uzyskała status legendarnej, ale nie za sprawą samego strzelca, lecz dzięki niesamowitej akcji skrzydłem, którą przeprowadził Argentyńczyk Fernando Redondo. Trick, którym ośmieszył obrońcę United, Henninga Berga (obecnego trenera Legii Warszawa), to najbardziej spektakularna kiwka w dziejach Ligi Mistrzów.

W tej wyliczance nie może zabraknąć także kolejnego starcia rozegranego pomiędzy tymi samymi zespołami, tym razem w sezonie 2002/03. Tu role się odwróciły - po wygranej 3:1 w pierwszym meczu faworytem do awansu byli Królewscy, w których składzie brylowali wówczas m.in. Zidane, Figo, Roberto Carlos i Ronaldo (ten właściwy, brazylijski). Rewanżowe spotkanie w Manchesterze stało pod znakiem doskonałej gry obu drużyn w ataku i nieco gorszej w defensywie - stąd hokejowy wynik 4:3 dla United. Oglądało się to wyśmienicie, tym bardziej, że był to chyba jedyny raz, gdy wielki występ w Lidze Mistrzów zanotował Ronaldo. Aż dziw bierze, że ten wybitny goleador w najważniejszych rozgrywkach klubowych praktycznie nie zaistniał - pod tym względem chyba nawet Zlatan Ibrahimović jest od niego bardziej spełniony. Opisywany wieczór na Old Trafford należał jednak wyłącznie do niego, czego rezultatem był efektowny hat - trick w wykonaniu Brazylijczyka (inna sprawa, że bramkarz gospodarzy, Fabien Barthez, specjalnie mu w tym nie przeszkadzał).

Szerokim echem odbiły się również ćwierćfinałowe zmagania pomiędzy AC Milan a Deportivo La Coruña z sezonu 2003/04. Już pierwszy mecz (4:1 dla Milanu na San Siro) mógł się podobać, w żaden sposób jednak nie zwiastował cudu (bo chyba w takich kategoriach należy rozpatrywać wyczyn piłkarzy Deportivo), jaki wydarzył się w rewanżowym spotkaniu w La Coruñi. A cóż tam się takiego stało? Ano to, że już w pierwszej odsłonie rewanżu Deportivo - grające tego dnia doprawdy fenomenalnie - odrobiło straty (wynik 3:0 do przerwy po golach Pandianiego, Valeróna i Luque). W drugiej połowie kolejną bramkę dołożył Fran, i w efekcie wielki Milan sensacyjnie pożegnał się z Ligą Mistrzów. A że był to Milan wielki, to nie ulega wątpliwości - do obrońców tytułu z poprzedniego roku (Szewczenko! Nesta! Pirlo! Seedorf! Inzaghi! Maldini! Gattuso! - że tak jednym tchem wymienię) przed sezonem 2003/04 dołączyli jeszcze Cafu i Kaká (wówczas grający jak młody bóg, nie to, co dziś). Śmiem twierdzić, że w owym czasie Mediolańczycy zgromadzili w szatni arsenał jeszcze bardziej imponujący, aniżeli podczas zwycięskich dla nich kampanii z sezonów 2002/03 i 2006/07. W meczu z Deportivo zupełnie jednak potracili głowy. Można jedynie snuć przypuszczenia, co by było, gdyby Milan zachował zimną krew zarówno w tym meczu, jak i przez 5 minut rozegranego rok później finału w Stambule z Liverpoolem (gdy prowadząc 3:0 w mgnieniu oka tylko sobie znanym sposobem roztrwonił całą przewagę). Może gdyby nie te łącznie 95 minut futbolowej aberracji, to Milan miałby dziś w gablocie dwa puchary z wielkimi uszami więcej. Z klęski z Deportivo i tak jednak Mediolańczycy podnieśli się stosunkowo szybko. Gorzej było z ich przeciwnikami - paradoksalnie triumf nad Milanem był ostatnim wielkim meczem w Europie w wykonaniu Superdepor (ech, co to była za drużyna!) - w półfinale Ligi Mistrzów zatrzymał ich Mourinho, potem przyszły lata chude, a skończyło się dwukrotnym spadkiem do 2. ligi hiszpańskiej.

Na koniec, wypada wspomnieć o szalonym spotkaniu, jakie w sezonie 2008/09 rozegrały między sobą Chelsea Londyn i Liverpool FC. Przed rewanżem w Londynie wydawało się, że jest "pozamiatane", gdyż w pierwszym spotkaniu The Reds ulegli u siebie Londyńczykom aż 3:1. Dowodzony przez Rafę Beniteza Liverpool po raz kolejny jednak udowodnił, że broń składa dopiero po ostatnim gwizdku. Powtórki ze Stambulu (gdzie Gerrard i spółka odrobili trzybramkową stratę do Milanu) wprawdzie ostatecznie nie było, ale wynik meczu rewanżowego zmieniał się jak w kalejdoskopie: od 2:0 dla Liverpoolu, przez 3:2 dla Chelsea, do remisu 4:4. Koniec końców do półfinału awansowała Chelsea, by tam w ostatnich sekundach dwumeczu paść od strzału rozpaczy Andresa Iniesty. Ale to już temat na osobną historię...

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
fidelrulez
Czas publikacji:
piątek, 04 kwietnia 2014 23:29

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • polaczenie napisał(a) komentarz datowany na 2014/04/09 11:48:34:

    fajne napisane podsumowanie ćwierćfinałów ale po wczorajszym meczu bvb z realem powinieneś zmienić tytuł na 6 mgnień... Bardzo dobry mecz i walcząca do końca Borussia zasługuja na uznanie (a gdzie był wczoraj real to pytanie pozostanie chyba bez odpowiedzi) PS zagladaj czasem na mojego bloga twoje komentarze zawsze mile widziane :) Pozdrawiam .

  • fidelrulez napisał(a) komentarz datowany na 2014/04/22 19:47:43:

    Dzięki za pozytywny komentarz (i w dodatek pierwszy, jak pojawił się na moim blogu)! Co do rewanżowego meczu Borussii z Realem, to przyznaję, że stał na bardzo wysokim poziomie. Szkoda, że drużynie z Dortmundu nie udało się doprowadzić do dogrywki - gdyby tak się stało, to z pewnością moją subiektywną listę ćwierćfinałów godnych zapamiętania należałoby zaktualizować :) A z zaproszenia do komentowania chętnie skorzystam, pozdr!

Dodaj komentarz

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny